Polskie rasy psów myśliwskich - Waldemar Feculak - część 1

POLSKIE RASY PSÓW MYŚLIWSKICH -  część 1

Zapomniane  przez  myśliwych

 

            Polskie rasy psów należą do najmniej poznanych i najmniej znanych. Stan polskiej kynologii myśliwskiej, delikatnie mówiąc, jest nie najlepszy. Oczywiście, część myśliwych poluje z psami. Jednak moja ocena stanu kynologii myśliwskiej opiera się na porównaniu z naszymi zachodnimi i południowymi sąsiadami, gdzie nie ma mowy o łowiectwie i polowaniu bez psa, a sama kynologia stoi na bardzo wysokim, profesjonalnym poziomie. W tej konkurencji polscy myśliwi wypadają bardzo słabo, a w przypadku ras rodzimych wręcz żenująco słabo. Jak inaczej można określić fakt, że większość myśliwych nie wie ile i jakich jest ras polskich psów myśliwskich, a spora część, jeśli nawet coś o tym słyszała, to nie wie jak one wyglądają. Jako przykład podam stały obrazek z moich pobytów na wystawach i konkursach. Na każdej tego typu imprezie podchodzą ludzie, zachwycają się urodą (na konkursach także pracą) psów, robią zdjęcia i pytają, co to za rasa? Jakież jest ich zdziwienie, kiedy dowiadują się, że to gończe polskie! O podobnych scenach opowiadają inni hodowcy i właściciele gończych polskich i ogarów polskich. Jest to zjawisko powszechne i niestety smutne, (chociaż miło, że pieski się podobają), gdyż potwierdza to, co wcześniej napisałem - bardzo słabą znajomość rodzimych ras. Prawie każdy myśliwy wie jak wygląda i do czego służy jamnik, terier czy wyżeł, a mało, który rozpoznałby ogara czy gończego polskiego - dla wielu jest to jedna rasa!

            Uważam, że polscy myśliwi, a wśród nich duża rzesza leśników, powinni dołożyć wszelkich starań, aby do polskich łowisk powróciły polskie rasy, które nie tylko nie ustępują innym importowanym rasom, ale często je przewyższają wysokimi walorami użytkowymi, co postaram się pokazać w następnych odcinkach.

            W tym miejscu przejdę do głównego tematu, czyli do ras polskich. Jest ich tylko pięć: Owczarek podhalański, Polski owczarek nizinny (PON), Chart polski, Gończy polski i Ogar polski. Tylko trzy z nich to rasy myśliwskie, a współcześnie w łowiectwie wykorzystywane są zaledwie dwie: gończy polski i ogar polski. Użytkowość chartów polskich wykorzystywana jest już tylko na torach wyścigowych w pogoni za sztucznym zającem. Czasy ich świetności na niwie łowieckiej minęły już chyba bezpowrotnie. Nie ma już ani tyle zwierzyny, ani takich przestrzeni, które przemierzali jeźdźcy na koniach z chartami u boku. Ich niewątpliwą urodę i harmonię w parze z koniem możemy podziwiać na kartach książek o tematyce łowieckiej oraz na pięknych obrazach Juliusza Kossaka.

            Na szczęście dla samych chartów wyścigi stały się dobrą alternatywą dla użytkowania łownego i rasa ta ma już spore grono miłośników, a ich uroda jest dodatkowym atutem. Z pewnością nigdy charty polskie nie dorównają liczebnością wielu innym rasom, ale też nie grozi im wyginięcie. Ostatnio zdobywają popularność w Europie, a także za oceanem - w Stanach Zjednoczonych. Trzeba dodać, że swą obecną kondycję populacja chartów polskich zawdzięcza niezmordowanym i wytrwałym paniom Małgorzacie i Izabeli Szmurło. We współczesnej historii charta polskiego odegrały one kapitalną rolę. Dzięki swej wytrwałości, zapałowi i poświęceniu doprowadziły do uznania rasy i otwarcia Księgi Wstępnej dla rasy. Stało się to 25 stycznia 1981 roku, po trwającej dziewięć lat współczesnej „wojnie o charta". Zainteresowanych odsyłam do książki „Chart polski" pań Małgorzaty i Izabeli Szmurło. Jest to wielce pouczająca lektura, ukazująca jak nie potrafimy docenić dorobku kultury narodowej, a takim niewątpliwie są nasze rodzime rasy psów. Przecież polowania w dawnej Polsce były nieodłącznym elementem kultury szlacheckiej, a psy stanowiły oprócz łowców i zwierzyny integralną część każdego polowania.

            Obecnie w praktyce łowieckiej wykorzystywane są już tylko gończe polskie i sporadycznie ogary polskie.  W samej Francji jest kilkadziesiąt ras i odmian. Sporo gończych jest też w Skandynawii, Szwajcarii, Austrii. Prawie w każdym kraju (zostańmy w Europie) jest co najmniej jedna, ale częściej po kilka ras gończych. Nie będę wymieniał wszystkich, ograniczę się do najbardziej znanych i najczęściej wykorzystywanych w naszych łowiskach. Są to: słowacki kopow, alpejski jamnikogończy oraz posokowce hanowerski i bawarski. Jak widać towarzystwo jest doborowe; wszystkie te rasy świetnie sprawdzają się w polowaniach. I teraz pytanie. Czy nasze gończe (ogar i gończy polski) ustępują tym rasom psów? Moja odpowiedź brzmi: zdecydowanie nie! Aby twierdzenie to nie było gołosłowne w dalszej części traktującej o różnych zagadnieniach dotyczących polowania, szkolenia czy też startów w konkursach psów myśliwskich przytoczę konkretne przykłady świadczące o ich wybitnych cechach użytkowych, wielkiej pasji łowieckiej i skuteczności w pracy, nawet w bardzo ciężkich warunkach terenowych.

            Sam fakt przynależności do grupy gończych świadczy o użytkowości, gdyż żadna z ras tej właśnie grupy psów nie została wyhodowana do ozdoby. Przeciwnie, przez wieki ich hodowlę i rozwój kształtowały konkretne wymagania dotyczące użytkowości. To właśnie użytkowość poszczególnych osobników decydowała o ich wartości. Było to główne kryterium selekcji. Znacznie mniejszą wagę przywiązywano do eksterieru. Pojęcie hodowli w czystości rasy znane jest dopiero stosunkowo niedawno, są to ostatnie stulecia. Wynikiem takiego podejścia do hodowli jest dziś wielka różnorodność ras gończych. Znajdujemy w tej grupie psy różnej wielkości, o różnej szacie i umaszczeniu, zależnie od regionu i warunków, w jakich powstawały. Mają oczywiście wspólne cechy budowy, które świadczą o przynależności do grupy gończych. Jednak zawsze ich wspólną cechą była użytkowość.

Większość ras VI grupy nadal wykorzystywana jest do polowania, niektóre zrobiły karierę międzynarodową, inne mają się dobrze w krajach swojego pochodzenia. Natomiast nasze rodzime, zaledwie dwie rasy, nie mogą pochwalić się ani jednym, ani drugim. Ogar polski, który od 1966 roku zarejestrowany jest w FCI, za granicą jest prawie nieznany, w kraju także ma się nie najlepiej. Nieliczne egzemplarze znajdują się w rękach myśliwych, a swoje istnienie ogar zawdzięcza grupie miłośników rasy, którzy w większości nie będąc myśliwymi, pracują z psami i pokazują na konkursach, że ich cechy użytkowe jeszcze w nich nie zaginęły. Jak długo ci nieliczni myśliwi i grupa pasjonatów będą w stanie zachować rasę i jej walory użytkowe?

            Z kolei gończe polskie, których populacja w kraju ostatnio wzrasta,i spora część z nich znajduje się w rękach myśliwych, doskonale spisują się jako dzikarze, tropowce, a nawet psy aportujące.

Sądzę, że polscy myśliwi nie powinni pozwalać na to, aby nasze rodzime rasy odgrywały rolę Kopciuszka u boku różnych importów obcych naszej tradycji łowieckiej. Tym bardziej, że w niczym im nie ustępują. A do leśników „terenowców" mam jedno pytanie: czyż nie byłoby lepiej i wyborniej, gdyby przy leśniczówce zamiast Burka czy Ciapka, lub nawet jakiegoś „papierowego importa" biegał gończy polski lub ogar polski? Psy o pięknej budowie i szlachetnym, reprezentacyjnym wyglądzie.

            Współczesna historia naszych gończaków sięga okresu jeszcze przed pierwszą wojną światową. Na terenie Podkarpacia utrzymywane były psy gończe używane przez górali do „polowacki" i pilnowania zagród. Zwano je ogarami, były jednak mniejsze (do 60 cm), lżejsze i czarne-podpalane. Z takimi psami od najmłodszych lat miał do czynienia Józef Pawłusiewicz z Bieszczad. Z psami tymi polował jego dziadek, ojciec i bracia. Pierwszą parę ogarów i broń otrzymał Pawłusiewicz w wieku 12 lat. Od tego czasu był wierny tym psom do końca życia, hodując je i polując z nimi. Po drugiej wojnie światowej Pawłusiewicz kontynuował hodowlę. Psy z jego hodowli „Z Karpat" i z jego inicjatywy w latach 50-tych zostały zarejestrowane w Związku Kynologicznym jako „hodowla eksperymentalna ogara polskiego". W latach 50-tych i 60-tych psy tego typu pokazywane były na wystawach i mylnie wpisywane do Księgi Wstępnej, a następnie do PKR jako ogary polskie. Ogary w tzw. typie Pawłusiewicza już w roku  1956 posiadały pełne rodowody! Pierwszy wzorzec i zdjęcia pełno rodowodowych egzemplarzy zamieścił w 1958 roku w czasopiśmie „Pies" R. Kryspin.

            Nikomu niepotrzebny spór o ogara rozpoczął się w roku 1959, kiedy to Piotr Kartawik sprowadził z okolic Nowogródka na Wileńszczyźnie dwie pary ogarów o umaszczeniu czaprakowym, większych i mocniejszej budowy niż hodowane na terenach Polski południowej. Psami tymi były BARTEK,  BURZAN,  ZORKA  i  CZITA. W oparciu o nie powstała hodowla „z Kresów" Piotra Kartawika, dająca początek współczesnej populacji ogara polskiego. W roku 1964 Jerzy Dylewski opracował wzorzec ogara polskiego na podstawie psów kartawikowskich. Już w roku 1966 został on zarejestrowany w FCI pod numerem 52. Tak szybkie i skuteczne przeprowadzenie rejestracji nowej rasy w FCI możliwe było dzięki poparciu ówczesnego prezydenta tejże organizacji gen. W. Ružićki z Czechosłowacji. Był to niewątpliwy sukces polskiej kynologii. Jednak nie dla wszystkich. W tym momencie bowiem ogary w typie Pawłusiewicza, czyli współczesne gończe polskie, znalazły się na straconej pozycji. Nadal były wystawiane, jednak nie spełniając wymogów obowiązującego wzorca, eliminowane były z hodowli. Nie mogły go spełniać będąc odrębną rasą. Wprawdzie nadal prowadzono Księgę Wstępną dla tego typu psów, ale oficjalnie nikt się nimi nie interesował. Popularyzowane były tylko ogary tzw. kartawikowskie.

            Jak się jednak okazało „ogary Pawłusiewicza" przetrwały całą tę zawieruchę. Było to możliwe dzięki hodowcom i myśliwym z Bieszczad i Podhala, którzy bez błogosławieństwa Związku Kynologicznego hodowali je i polowali z nimi. Właśnie ich wysoka użytkowość uratowała je przed zapomnieniem i wyginięciem. Jako wspaniale spisujące się w trudnych górskich łowiskach, hodowane były nadal przez J. Pawłusiewicza i innych myśliwych z tamtych terenów.

            W roku 1982 w Warszawie odbył się pierwszy przegląd polskich psów gończych. Okazało się, że hodowcy spoza Z.K. doskonale orientują się w sytuacji rasy w kraju. W latach 1982-83 D. Kołucki przeprowadził pomiary biometryczne ogarów polskich i psów w typie Pawłusiewicza. Wyniki tych badań potwierdziły odrębność obu ras, podobnie jak wcześniejsze nieudane próby ich krzyżowania. W 1983 roku Z.G. Z.K. przyjął oficjalną nazwę dla tych psów: „gończy polski". W tym samym roku przyjęto wzorzec rasy opracowany przez Kazimierza Ściesińskiego. Niestety Józef Pawłusiewicz, który przez całe życie z taką pasją hodował te psy nie doczekał się ich uznania przez Związek Kynologiczny. Zmarł 9 lipca 1979 r. w wieku 76 lat w Warszawie.

            Obecnie populacja gończego polskiego liczy kilkaset egzemplarzy. Są to psy o dość wyrównanym typie (jak na tak krótki okres planowej hodowli). Ich budowa predysponuje je do pracy w różnych, nawet bardzo trudnych łowiskach. Znaczna część gończych polskich znajduje się w rękach myśliwych, doskonale sprawując się jako dzikarze i tropowce. Rośnie zainteresowanie nimi polskich myśliwych.

            Oczywiście ogary polskie też są w rękach myśliwych, jednak jest ich mniej, a przecież wspaniale pracują jako tropowce. Obecna populacja ogarów polskich jest mniej liczna od gończych, a część jej wykazuje cechy degeneracji, o czym z troską w ostatnich latach pisało kilku autorów. Taka kondycja ogarów jest wynikiem tego co stało się po tragicznej śmierci na polowaniu Piotra Kartawika w 1969 roku.

            W 1967 roku w jego hodowli było 9 ogarów i były to psy znacznie mocniejszej budowy i kości niż obecne ogary. Po śmierci Kartawika na bazie jego psów powstały nowe hodowle. Jednak większość pochodzącego z nich, doskonałego materiału nie była w ogóle wykorzystana. Nikt też nie kontynuował planu hodowlanego Kartawika. Kojarzenia były przypadkowe nie dające postępu hodowlanego. W roku 1977 było 48 psów i 58 suk w wieku 1 do 11 lat, a w hodowli wykorzystywanych było w latach 70-tych zaledwie 10 psów i 14 suk. Efekt mógł być jeden - stopniowe wyradzanie się rasy. Część hodowców i nieliczni myśliwi posiadają ogary w pożądanym typie i o dobrej budowie oraz cechach użytkowych. Potrzebna jest tylko planowa hodowla, oparta na przemyślanych skojarzeniach i obiektywnej, ostrej selekcji uzyskanego potomstwa. Czy to się uda, zależy od mądrości hodowców, ale też od myśliwych, którzy użytkując ogary w łowiskach dadzą tym pierwszym motywację do wytrwałej pracy hodowlanej. Aby ich wysiłek nie poszedł na marne, nie można, jak to ma miejsce obecnie, dopuszczać do hodowli wszystkiego co przypomina ogara.

            Po skrótowo przedstawionej historii ogara i gończego polskiego przyszła pora na przybliżenie ich roli jako psów użytkowych. I tu też nie obejdzie się bez odrobiny historii. Rola psów myśliwskich, a gończych w szczególności zmienia się wraz ze  zmianą samego modelu łowiectwa i sposobów polowań. Wykorzystanie norowców czy wyżłów nie uległo zbyt dużym zmianom na przestrzeni ostatnich wieków. Natomiast rola gończych, w tym także ogara i gończego polskiego, uległa dość istotnym zmianom.

            Od zarania psy gończe wykorzystywano do wytropienia i osaczenia zwierzyny lub napędzenia jej na myśliwych. W pierwotnych puszczach, nawet przy dużych stanach zwierzyny nie było łatwo wbrew pozorom odnaleźć i upolować ją. Tu nieocenione usługi oddawały psy gończe w dawnej Polsce zwane ogarami. Potrafiły one nie tylko odnaleźć i podjąć ciepły trop, ale co ważniejsze uparcie i wiernie trzymały się tego tropu głosząc uchodzącego zwierza. Owo głoszenie zwane graniem było niezwykłym przeżyciem i dostarczało łowcom wielu wrażeń. Granie ogarów miało też bardziej praktyczne znaczenie. Dostarczało myśliwym wszelkich informacji o tym, co dzieje się w kniei. Po sposobie grania myśliwi wiedzieli, na jakim etapie znajduje się gon i w jakim kierunku przemieszcza się zwierz. Do opisania gonu używano specjalnego słownictwa, które w gończarstwie jest niezwykle barwne i wywodzi się z tradycji chowu, układania i polowania z ogarami. Małą próbką tego słownictwa niech będzie podział psów w zależności od sposobu pracy podczas gonu:

  • przejemca (łowca) - po zwietrzeniu tropu daje znać głosem i zachęca inne do szukania. Pracuje dolnym wiatrem.
  • popędzca (znalazca) - zna miejsca, w których zwierzę najczęściej się ukrywa, w ten sposób szybciej niż inne znajduje je i rusza,
  • gońca (wietrzny pies) - jest szybszy od pozostałych, kieruje się górnym wiatrem, ściga ruszone zwierzę,
  • wyprawca - ściga zwierzę kierując się dolnym wiatrem, przez co jest wolniejszy, lecz rzadziej znosi (zapędza się poza trop), nawołuje gońców, gdy zniosą,
  • poprawca - kieruje się najświeższym tropem i gdy inne założą (obiegną całą pętlę, którą zrobiła zwierzyna) idzie po prostej lii nawołując je.

To zaledwie mała część słownika gończarza. Dodam jeszcze, że ogary nie miały nazw, jak inne rasy psów, lecz przezwiska najczęściej związane z ich cechami charakteru lub głosu.

            W Polsce polowania z dużą liczbą psów gończych różniły się od typowych polowań par force rozpowszechnionych w Europie. U nas od psów wymagano wytrwałego gonu i grania. Często psy w złaii dobierano tak by ich głosy o różnej tonacji tworzyły akord. Takie polowania w Polsce okres świetności miały w XVII i jeszcze w XVIII wieku. Z ogarami polowano głównie na grubego zwierza, ale też na drapieżniki i zające. Jednak, kiedy kraj znalazł się w okresie rozbiorów i powstań zmieniły się też warunki polowań. Zmiany zachodziły też w rolnictwie i gospodarce leśnej. W ślad za tym rola psów gończych w polowaniu także się zmieniła. Ich pasja łowiecka oraz cechy budowy i charakteru, przez wieki kształtowane pod kątem użytkowym sprawiły, że doskonale sprawdzają się we współczesnym modelu łowiectwa. Jako psy gończe mają wybitnie rozwinięty węch. Ich „trąby" potrafią wyczuć znikome cząsteczki zapachowe nawet na starych tropach. Najlepszym dowodem na to są niemieckie gończe używane do wyszukiwania postrzałków zwierzyny grubej, czyli posokowce hanowerski i bawarski. Niektórych myśliwych pewnie to dziwi, ale są to najprawdziwsze psy gończe, tyle tylko, że selekcjonowane pod kątem pracy na tropach rannej zwierzyny. W tej roli nasze gończaki (ogar i gończy polski) sprawiają się znakomicie. Leon Ossowski w swej pracy p.t. „Posokowce" z 1935 roku tak pisze: „ ... Na zakończenie niniejszej pracy chciałbym krótko poruszyć jeszcze kwestię następującą: czy nie byłoby wskazanem i możliwem używać w naszych łowiskach do pracy za postrzałkiem naszych gończych, które również posiadają fenomenalny wiatr i które możnaby układać według metod, stosowanych do posokowców? Kwestię rozwiązania sprawy tej oddaję w ręce znawców naszych gończych".

Wydaje się, że pomimo upływu ponad połowy wieku od napisania tych słów nie straciły one nic na aktualności. O predyspozycjach ogarów i gończych polskich do pracy tropowej świadczą ich czołowe lokaty w konkursach tropowców różnej rangi. Bardziej szczegółowo o wykorzystaniu obu ras w roli tropowców będzie w dalszej części artykułu. Teraz dodam tylko, że wielokrotnie z moją suką gończego polskiego odnajdywaliśmy postrzałki dzika i jelenia, często „poprawiając" po innych psach po 20-30 godzinach od strzału. Z kolei na konkursach zdarzało się, że właściciele posokowców z uznaniem wyrażali się o pracy gończych na farbie. W tym miejscu być może wzbudzę oburzenie niektórych kynologów i właścicieli posokowców, ale twierdzę, że gończe polskie prawidłowo ułożone do pracy tropowca, z powodzeniem mogą konkurować z posokowcami nawet na starych tropach. Sądzę, że gdyby Regulamin Prób i Konkursów Pracy Psów Myśliwskich dopuszczał możliwość wspólnego startu z posokowcami, wyniki zaskoczyłyby wielu znawców tematu. Twierdzę tak na podstawie własnych doświadczeń z gończymi polskimi oraz znajomości i obserwacji innych prawidłowo układanych i użytkowanych. Mając powyższe na uwadze proponuję potencjalnym nabywcom posokowców zastanowić się, co rzeczywiście powoduje, że decydują się na te rasy mając do wyboru rasę polską doskonale sprawdzającą się w roli tropowców? Być może przyczyną są same nazwy ras sugerujące ich wykorzystanie. Moim zdaniem główną przyczyną jest nasza cecha narodowa: cudze chwalimy swego nie znamy!

            Innym wykorzystaniem ogara i gończego polskiego jest użytkowanie ich jako dzikarzy z tym, że do tej roli bardziej nadaje się gończy polski jako pies nieco mniejszy, szybszy, bardziej cięty od ogara. Chociaż są i obecnie ogary polujące na dziki jedynie styl ich pracy jest inny. Pewnym odzwierciedleniem ich przydatności niech będą wyniki konkursów dzikarzy od regionalnych, poprzez krajowe do międzynarodowych. Od kilkunastu lat, kiedy to gończe polskie zaczęły pojawiać się na konkursach, jeśli w stawce kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu psów różnych ras pojawił się gończy polski, to najczęściej zajmował czołowe lokaty niejednokrotnie wygrywając.

            Pozostaje jeszcze użytkowanie ogarów i gończych jako psów gończych. Ułożenie i polowanie z takim psem na lisy, (których jest nadmiar w łowiskach) wymaga trochę pracy, ale jest bardzo efektowne i rzeczywiście skuteczne. Trzeba tylko znać dobrze teren i przesmyki, którymi może uchodzić goniony lis.

            Dla myśliwych polujących na drobną zwierzynę gończe i ogary także mogą być przydatne jako płochacze i psy aportujące. Znam gończe, które nawet późną jesienią, w zimnej wodzie z wielką pasją bobrują w szuwarach i aportują kaczki z wody.

            Jak widać współczesne wykorzystanie obu naszych gończych może mieć zastosowanie w wielu łowiskach w kraju. Zarówno w górach jak i na nizinach, szczególnie jako tropowce i dzikarze. Trzeba tylko by myśliwi przekonali się o rzeczywistej wartości użytkowej obu ras.

            Obecna rola psów gończych uległa zmianie wraz ze zmianą modelu łowiectwa i rozwoju broni palnej. Współczesne wykorzystanie w praktyce łowieckiej polega na użytkowaniu gończych głównie jako dzikarzy i tropowców. W tej roli nasze rodzime rasy ogar i gończy polski spisują się bardzo dobrze.

            Zdarza się, że w książkach traktujących o szkoleniu psów myśliwskich w pierwszych rozdziałach następuje podział na grupy (psy aportujące, płochacze, norowce, dzikarze, gończe, tropowce).  Następnie do poszczególnych grup przypisuje się kolejne rasy omawiając ich przydatność w tej roli. Ma to sens. Jednak bywa tak, że praca w przeważającej części traktuje o wychowaniu, szkoleniu i układaniu psów pewnej grupy i to w sposób bardzo szczegółowy i trzeba przyznać fachowy, a w kilku minirozdziałach o pozostałych grupach psów. Nie byłoby to najgorsze gdyby nie często zbyt powierzchowne potraktowanie tematu.

            Wracając do ogara i gończego polskiego muszę powiedzieć, że są one poprzez takie podejście szufladkowane jako dobre dzikarze, ale ze względu na wzrost są mniej przydatne i bardziej narażone na obrażenia od dzików. Jednocześnie dalej ci sami autorzy piszą, że w ciężkich, górskich łowiskach, szczególnie przy dużej pokrywie śniegu gończe są niezastąpione radząc sobie w skrajnych warunkach i wykazując większą wytrwałość od innych psów. Jest to oczywista prawda, o czym od dawna wiedzą myśliwi z Bieszczad i Podhala. Najczęściej jednak jako dzikarze wymienia się teriery, jamniki, czasem łajki i gończe. Argumentacja jest taka: małe psy są zwinne, szybkie i ostre. Polując z gończymi polskimi, sprawdzającymi się w skrajnie trudnych łowiskach, nie zauważyłem żeby łatwiejsze warunki terenowe w czymś im przeszkadzały, wręcz przeciwnie. Natomiast nie wyobrażam sobie polowania zimą z małymi psami, przy dużym śniegu i to niekoniecznie w górach. Mając gończego, czy ogara, mamy psa na cały sezon i każde warunki. Gończe polskie i ogary pracują inaczej niż np. teriery, które często chcąc „jeździć" na dziku przypłacają to obrażeniami lub życiem. Gończe i ogary styl pracy dostosowują do aktualnych warunków terenowych i siły przeciwnika. Opieram się tu na własnych doświadczeniach polowań z gończymi polskimi. Widziałem też w akcji ogary polskie na konkursach i podczas polowań zbiorowych na dziki. Ogólnie są one mniej cięte od gończych i nieco wolniejsze, (co nie znaczy, że za wolne) z uwagi na cięższą budowę. Jednak osobniki faktycznie polujące doskonale pracują zachowując bezpieczny dystans. Gończe polskie jako psy o zwartej, lżejszej budowie i żywym temperamencie pozwalają sobie na więcej nie przekraczając jednak granicy bezpieczeństwa. Józef Pawłusiewicz tak pisał o gończych polskich: „charakter jego jest spokojny i łagodny (...) Dominującą cechą charakteru (...) jest niespotykana u innych ras pasja łowiecka (...) Jest ponadto (...) psem brawurowo odważnym, ale też i przebiegłym i roztropnym, inteligentnym i pojętnym w tresurze. Ma wyjątkowo subtelny węch".

Nie uważam, żeby np. niemiecki terier myśliwski miał mniejszą pasję, ale jego styl pracy jest dość ryzykowny, większość osobników szczyci się wielką odwagą i ciętością, ale też brakiem rozwagi. Takie cechy predestynują go raczej do pracy w norze z lisem lub borsukiem. Gończy polski także nie unika bezpośredniego ataku na dzika, ale czyni to wtedy, kiedy instynktownie czuje, że może sobie na to pozwolić. Miałem na to sporo przykładów polując z tymi psami. Podam jeden z nich. O godzinie osiemnastej zadzwonił kolega leśniczy. Dwie godziny wcześniej postrzelił dość dużego dzika. Farba jest, ale dzik poszedł. Postanowiliśmy pomimo ciemności (grudzień) zaryzykować poszukiwania. Ruszyliśmy z postanowieniem, że jeśli po kilkuset metrach dzika nie będzie odkładamy poszukiwanie do rana. Na miejscu suka podjęła trop i poprowadziła przez drągowinę. Po kilkuset metrach spod świerczków ruszył dzik. Suka puszczona w gon nie zdołała go zatrzymać przed gęstym młodnikiem sosnowym. W młodniku rozpoczęła się walka. W tym momencie zacząłem żałować, że zgodziłem się na nocne poszukiwania. Staliśmy obaj nasłuchując odgłosów walki. Nie mogliśmy nic zrobić. O wejściu w młodnik nie było mowy: ciemność i gęstwina. Sytuacja była nieciekawa. Dzik stawiał opór przemieszczając się w młodniku, jednak nie dał się z niego wycisnąć. Suka nieustannie oszczekując zajadle atakowała. Co pewien czas odgłosy wskazywały na ataki dzika. Trwało to około 30 minut i nic się nie zmieniało. Jedynym wyjściem wydawało się odwołanie psa i powrót o świcie. W tym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że oszczekiwanie dochodzi z jednego miejsca. Odczekaliśmy jeszcze kilka minut i ostrożnie, wsłuchując się w głos psa ruszyliśmy w kierunku skąd dochodził. Bardzo powoli zbliżyliśmy się do miejsca, gdzie mogliśmy już w świetle latarki zlokalizować zwierzęta. W gęstym młodniku świecąc wzdłuż rzędu ujrzeliśmy w połowie zasłoniętego gałęziami, siedzącego na zadzie wymęczonego dzika, a tuż przed nim ciągle szczekającą z pianą na faflach Zwinkę. W silnym świetle latarki wycelowałem w odsłonięty bok dzika. W obawie przed odłamkami kuli odwołałem sukę i kiedy odstąpiła dostrzeliłem dzika. Był nasz. Wiem, że było to bardzo ryzykowne i wiem, że już nigdy nie będę dochodził rannego dzika po zmierzchu. Opisałem to zdarzenie żeby pokazać jak gończy polski potrafi pracować w gęstym młodniku i to w ciemności. Kiedy dzik był jeszcze sprawny, suka pracowała w bezpiecznej odległości ciągle atakując przez kilkadziesiąt minut, a kiedy już osłabł i został w miejscu pracowała w bezpośredniej bliskości. Pies, który od razu wchodzi w kontakt z dzikiem, w takich warunkach mógłby przypłacić to życiem. Najwięcej ryzykowała tu Zwinka, jednak jak mawiają Niemcy - jak chcesz zdobyć głowę dzika musisz zaryzykować głowę psa.

            To zdarzenie i wiele innych utwierdza mnie w przekonaniu, że rację miał Pawłusiewicz pisząc o brawurowej odwadze i roztropności gończych. Zarówno gończy polski jak i ogar instynktownie dostosowują się do aktualnych warunków terenowych.

            Chciałbym też rozwiać obawy myśliwych, co do posłuszeństwa gończych i ogarów. Wszyscy pamiętają, że „ogary poszły w las" i na tej podstawie krążą mity o ich długich i dalekich wyprawach. Jest to pogląd błędny i krzywdzący, przyczyniający się do zniechęcenia myśliwych do obu ras. Zapewniam, że ani ja, ani myśliwi, których znam, polujący z ogarami i gończymi nie mamy z tym żadnych problemów. Na polowania zbiorowe biorę dwa lub trzy psy i nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby psy ginęły lub trzeba było czekać na nie godzinami. Owszem bywało, że w pierwszym lub drugim miocie przepadł terier lub jamnik i odnalazł się po trzech godzinach. Gończe polskie i ogary mają doskonale rozwinięty zmysł orientacji i bezbłędnie orientują się w terenie. Najczęściej jest tak, że po rozpoczęciu pędzenia i pracy w miocie psy, zależnie od sytuacji i obecności lub nie dzików, przeszukują miot, dochodzą do linii myśliwych, ponownie wracają w miot i w kontakcie z podkładaczem (powinien to być właściciel psów lub osoba bobrze im znana) wychodzą na linię myśliwych. Czasem po przeszukaniu pustego miotu zostają już przy myśliwych. Jeśli natomiast psy ruszą dziki i te są strzelane, to najczęściej psy zostają przy strzelonych sztukach. Jeśli jednak puszczą się za watahą w sąsiednie oddziały, to nie zdarzyło się, aby trzeba było czekać dłużej jak 10 - 20 minut.

            Nie będę tu opisywał szczegółowych metod szkolenia dzikarzy. Jest to temat na osobny artykuł. Celem niniejszego jest przekonanie myśliwych o przydatności gończych i ogarów do roli dzikarzy. Zwłaszcza gończe polskie pod tym kątem były selekcjonowane, podobnie jak słowackie kopovy, które cieszą się słuszną sławą dobrych dzikarzy. Pewnie nie wszyscy wiedzą, że kopov i gończy polski pochodzą od wspólnych przodków, a starzy myśliwi słowaccy twierdzą, że kopov pochodzi od dawnych ogarów polskich. Jaka jest różnica między nami a Słowakami? Otóż Słowacy prowadząc planową hodowlę i ostrą selekcję osiągnęli bardzo dobre wyniki. Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych zarejestrowanych w ZK w Polsce było około 100 gończych polskich i 150 ogarów, to w tym samym czasie Słowacy mieli w hodowli (sprawdzonych użytkowo!) 1200 psów i 800 suk swoich kopovów. Co ciekawsze, kopovy zostały zarejestrowane w FCI zaledwie trzy lata przed ogarem polskim. Prawda jest jednak taka, że liczebność populacji zależy od zapotrzebowania. My jednak ciągle cudze chwalimy, swego nie znamy.

Darz Bór

Waldemar Feculak

 

Źródło: skrót artykułów publikowanych  w „Braci Łowieckiej" w latach 90-tych w ramach promocji wówczas jeszcze mało znanych ras.